Historia Szansy

Myśl o tym, że goldeny w przyszłości mogą potrzebować pomocy drążyła nas daleko wcześniej zanim powstała SZANSA. Pomysłodawczyniami i realizatorkami projektu SZANSA są Magdalena Siemaszko-Arcimowicz, twórczyni i właścicielka strony internetowej http://www.goldenretriever.pl/ - prawdziwej skarbnicy wiedzy o goldenach, oraz Anna Radwańska.
Pomysł stworzenia strony interwencyjnej dla goldenów dojrzewał przez kilka lat na bazie
Listy dyskusyjnej imienia Dutch
W grudniu 2002 roku Anna Radwańska adoptowała z warszawskiego schroniska pierwszą goldenkę, która później została nazwana imieniem Szansa. Stąd nazwa naszego programu. Lata następne przyniosły rozwój programu, który stopniowo przekształcał się ze strony ogłoszeniowej w bardziej aktywną formę. Rozwinął się system domów tymczasowych, w których są umieszczane goldeny szukające domów. W celu ograniczenia liczby bezdomnych zwierząt oraz zapobiegania niekontrolowanego namnażania szczeniąt przez pseudohodowców nasze goldeny są sterylizowane i czipowane, a jeśli sytuacja tego wymaga, również są leczone.
Obecnie podjęliśmy starania o nadanie naszej SZANSIE statusu Fundacji.


SZANSA nie zawsze miała takie imię. Hodowca nazwał ją Jera Sancho, później nazywała się Szanta. Do końca nie wiadomo co sprawiło, że jako półroczna suczka zaczęła obsesyjnie pilnować różnych rzeczy nie pozwalając nikomu podejść do siebie, warcząc i próbując ugryźć. Podobno przeszła jakąś chorobę. Być może jest to wynik nieprawidłowego wychowania, a być może skłonności genetyczne - na to pytanie nikt już dzisiaj nie odpowie.

To z powodu agresji, Szansa, w wieku ok. 7 miesięcy, trafiła do weterynarza, który miał ją uśpić. Ten jednak nie miał serca tego zrobić i przekazał ją mieszkającym po sąsiedzku "psiarzom". Pół roku później Szansa trafiła do schroniska "Na Paluchu" w Warszawie.

Od samego początku miała pecha. Po sterylizacji, w psim szpitalu, została dotkliwie pogryziona przez swoich współtowarzyszy. Nie mogła się nawet bronić, gdyż miała założony kołnierz chroniący ranę pooperacyjną przed wylizywaniem. Zaraz potem złapała brzydki, ropny kaszel.

Kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy - w tym kołnierzu, pogryzioną, wystraszoną, odpędzaną od drzwi izolatki przez dwa inne psy, pomyślałam sobie - Co oni gadają!? ..... Agresywna? .... Ta nieco zapasiona goldenka?! ... Przecież to śmieszne!

Kilka dni później, natychmiast po wyjściu ze schroniska, już razem, pojechałyśmy do weterynarza. Wszystkie badania i bolesne zabiegi przemywania i opatrywania ran, zastrzyki, Szansa zniosła bardzo dzielnie, jak na goldena przystało. Kiedy było już po wszystkim i rozmawiałam z lekarką odwrócona tyłem do suki, ta nagle zaczęła warczeć, szczekać, jakby gdzieś coś zobaczyła i to coś bardzo ją przestraszyło czy zdenerwowało. Był to atak szału, na szczęście nie skierowany w naszym kierunku. Przestraszyłam się po raz pierwszy.

Przez kilkanaście dni Szansa bała się wychodzić z domu, bała się chodzić na smyczy. Przez wiele miesięcy, do miski trzymanej w ręku dosłownie rzucała się i jadła bardzo łapczywie. Poza tym była bardzo cierpliwą i wdzięczną pacjentką, pomimo bólu pozwalała ze sobą zrobić wszystko. Miała natomiast dziwaczne zwyczaje, których do dziś nie potrafię zrozumieć i które mnie przerażały. Łączyły się zawsze z nocą i moim przebywaniem w łóżku. Gdy tylko się położyłam i zgasiłam światło, próbowała wspiąć się na mnie wykonując ruchy kopulacyjne. Co prawda, dawała się zrzucić i dość szybko rezygnowała, ale potrafiła przy tym powarkiwać. Warczała również przy każdym moim ruchu, czasami przez całą noc. Rankiem, gdy wstawałam, wszystko wracało do normy.

Któregoś dnia warczała zdecydowanie bardziej. Nad ranem jej zachowanie stało się nie do zniesienia. Gdy chciałam wstać zrozumiałam, że powodem dzisiejszego, nocnego wściekania się są moje kapcie, które Szanta przywłaszczyła sobie podczas nocy.

Tego ranka, o godzinie 5 rano, przestraszona już nie na żarty, siedziałam na bosaka przy komputerze i pisalam błagalne maile do znajomych, o treści "pomóżcie!". Nie chciałam jej oddawać z powrotem do schroniska, nie chciałam narażać jej na dalsze przekazywanie z rąk do rąk, ale teraz już poważnie się jej bałam!

Oszczędzę sobie opisów dzikich awantur, które Szansa potrafiła wyprawiać znajdując podczas spaceru np. opakowanie po mleku, starą zamarzniętą szmatę lub…fuj… zużytego pampersa, itp. Nie będę liczyć ile razy dostałam od niej po łapach. Ta „dzikuska” wolała też spędzać zimowe mroźne noce leżąc przykryta śniegiem pod bramą jak w cieplutkim domu!

Na szczęście, już na samym początku mojej przygody z Szansą, wspólnie ze znajomymi wymyśliliśmy, że negatywne, siłowe metody przyniosą tylko negatywne skutki i przy jej charakterku w końcu doprowadzą do konfrontacji. Zaczęła się powolna, żmudna praca z klikerem.

Postanowiłam ją nazwać Szansa, gdyż nazwa Szanta (...a taka ładna...) nijak nie mogła mi utkwić w głowie ;-) To tylko jedna literka, a tak różne imiona! I jaka treść! ;-) ...

Dziś, po latach, Szansie wciąż jeszcze zdarza się czasem pokazać swój charakterek, ale pozwala już sobą pokierować, stała się spokojniejsza, weselsza, milsza, bardziej panuje nad swoimi emocjami i odruchami. Jej "wścieki" nie są już tak ekspresyjne, a przedmioty lub sytuacje, które je wywoływały nie mają już takiego znaczenia i nie są już warte takich zachowań. Powoli człowiek zaczyna być dla niej ważniejszy. No i zaczęła częściej bywać w domu! :-) Z perspektywy czasu widzę, że ona była jak typowe rozwydrzone, niewychowane dziecko, które w ataku furii rzuca się na podłogę wierzgając nogami i wrzeszcząc.

Cieszę się, że tej pannicy się udało!

 


Anna Radwańska